Friday, March 10, 2017

Święta Anna z Faras

Kolejna ikona z opisem.


Święta Anna z Faras. Dzień 0 :)


Anna z Faras, nubijskie malowidło ścienne (tempera na tynku), wykonane w VIII - IX wieku. W latach 60.-tych cały zespół fresków z Faras został odkryty i opisany przez polskich archeologów. 
Malowidła z Faras są wyjątkowe. Mocno zniszczone przez czas, a wciąż fascynują. Jako że jest to generalnie malarstwo religijne, to i doczekało się - zwłaszcza wizerunki najmniej uszkodzone - wielu kopii. W tym ikon, bo niektóre z nich są wręcz archetypicznie ikoniczne. 
Annę z Faras malowałam już bodaj 3 razy, teraz zabieram się za nią po raz czwarty. Od jutra pokażę techniki warsztatowe, dziś reprodukuję oryginalny wizerunek (źródło: Wikimedia Commons). 
Lubię tę Annę. Tak po prostu ją lubię.


Dzień 1.


Ikony pisze się na deskach. Nie na papierze, nie na płótnie, nie na kamieniu, tylko na deskach. Zastanawialiście się, czemu? 
Ikona to przedmiot liturgiczny. Podczas nabożeństw jest noszona, dotykana, całowana... i tak przez dziesięciolecia. Nie może być zbyt ciężka - kamień odpada. Nie może być wiotka - odpada płótno w ramie, bardzo podatne na naprężenia i uszkodzenia. Nie może być nietrwała - odpada papier. Płyty wiórowe i pilśniowe, choć czasem przez ikonopisów używane, też nie mają dobrej marki. Są najczęściej dość tandetne, a liturgia nie lubi tandety. Poza tym nie wiadomo, na ile są trwałe. 
Ja moją Annę postanowiłam namalować na cienkim plasteku półszlachetnego kamuszka, kupionym w sklepie z minerałami gdzieś na Dolnym Śląsku. Moja Anna nie jest przeznaczona do sprawowania liturgii, raczej też nie będzie dotykana. 
Tak cienki plasterek (jakieś 3 mm) może dać ciekawy efekt przenikania światła przez farbę. Jeszcze nie wiem, co mi ostatecznie wyjdzie. Póki co naszkicowałam twarz bezpośrednio na gładkiej, szklanej niemal powierzchni kamyka, pomagając sobie papierową podklejką, którą potem oczywiście zdejmę. 


Dzień 2.


Oryginalny fresk utrzymany jest zasadniczo w 3 kolorach: fiolet, czerń i żółć. Fioletowy jest maforion (płaszcz z kapturem), cienie i kontury; czarne źrenice i podkreślenia cieni, żółte w różnych odcieniach ciało, wnętrze kaptura i czepiec. Nie ma natomiast na fresku aureoli. Może się wytarła albo spłowiała, bo raczej została namalowana. 
Postanowiłam nie ograniczyć się do wiernego skopiowania postaci. Postanowiłam ją wycieniować, nieco odświeżyć, trochę uwspółcześnić. Nie za bardzo, żeby nie zepsuć tego co dobre. Póki co nałożyłam cielistą membranę na twarz i białą na maforion. 


Dzień 3.


Klasycznie namalowane ikony miewają czasem martwe twarze. A raczej nie tyle martwe, co nazbyt porządne, grzeczne i bez wyrazu. Owszem: ikona to wgląd w rzeczywistość przemienioną, uchwycenie nie chwilowego stanu emocjonalnego, a osadzonej w czasie duchowości człowieka, nadmierny naturalizm będzie tu błędem - ale nie sądzę, by duchowa głębia była tym samym co obojętność czy nieobecność. Przeciwnie: święci to ludzie, którzy byli bardziej. Bardziej "tu" i bardziej "teraz", wyraźniej, zdecydowaniej, ostrzej. 
Twarz i oczy muszą na ikonie żyć. Nie epatować tanim aktorstwem, lecz koniecznie i bezdyskusyjnie żyć. Święci to nie są rozlazłe meduzy z oczami non stop wzniesionymi do nieba: potknęliby się i wywalili o pierwszy nierówny krawężnik. A tak przecież nie jest. 
Świętość nie jest sztuczna, nie jest przerysowana, nie jest przede wszystkim śmieszna. Choć każdy z nas widział dziesiątki obrazów, na których święci mają takie miny, jakby bolały ich hemoroidy i tylko nie wypadało im się przyznać do czegoś tak przyziemnego. Nie. Absolutnie nie tak. 
Święci są normalni. Czasem normalniejsi niż my.

Dzień 4.


Kolory...
Wspominałam już, że ta ikona namalowana została 3 kolorami: fioletowym, czarnym i żółtym (a może tylko te przetrwały do naszych czasów). Ja zdecydowałam się wycieniować moją Annę, a dodatkowo jeszcze portret malowany jest na niebieskawym kamuszku. Co oznacza, że całość trzeba starannie i rozważnie kolorystycznie scalić. 
To technikalia - koło barw i położenie na nim poszczególnych odcieni - ale nie tylko. Sposób malowania, dobór kolorów, wszystko na ikonie powinno mówić o Bogu i kierować myśl w Jego kierunku. A z drugiej strony - ikonopisarz powinien się "ukryć" za swoją pracą, absolutnie nie wolno mu się lansować. Pysznienie się sprawnością warsztatową to nie tutaj. Nie malarz jest ważny, i nawet nie namalowany obiekt: Bóg. On jeden, On sam. 
To, co napisałam, to teoria, coś, co bardzo bym chciała umieć, a jeszcze bardziej robić. Praktyka? Cóż. Jak widać. Na pewno nie taka, jak być powinna. 
Zadziwia mnie nieustająco, że Bogu chce się posługiwać tak bardzo ułomnym człowiekiem.


Dzień 5.


Ikona to sztuka rezygnacji. 
Oczywiście: ta "głęboka" prawda dotyczy nie tylko ikon, ale na ikonach jakoś łatwiej jest ją uchwycić.
Na oryginalnym fresku z Faras widać 3 linie napisów. Linia górna: ANNA HMHTHP, czyli "Anna matka"; linia prawa (z punktu widzenia patrzącego), pionowa: THOEOTOK(OS), czyli "matka Boga"; linia lewa pionowa, za uszkodzeniem fresku zawiera anagram słowa "Hagia", czyli "święta", oraz to samo słowo rozpisane w całości greckim alfabetem plus jeszcze dwie kolejne litery, kiedyś zapewne rozpoczynające kolejne słowo. 
Okruszek kamyka, który wzięłam jako "deskę", jest mniejszy niż kwadratowy oryginał. Ledwie zmieścił się tam napis górny i prawy - a jak wiadomo, napisy na ikonie być muszą - i może jakoś na siłę wcisnęłabym również prawy, ale... 
No właśnie. Ale.
My, ludzie, mamy tendencję do obrastania, obudowywania się, gromadzenia. Chcemy być bogaci, a choćby tylko w przedmioty, bibeloty, rzeczy. 
"Ascetyczny" to surowy, ubogi, skromny. Słowa "asceza" nie lubimy i nie używamy, bo się nam źle kojarzy. I nawet na ikonę staramy się władować tyle detali, ile się da, a potem jeszcze trochę. 
Najtrudniejsze w pisaniu ikon wcale nie jest namalować coś dokładnie, czysto, starannie. To tylko technika, której się można nauczyć. Najtrudniejsze jest wiedzieć, kiedy przestać dopychać do obrazu kolejne elementy. Przestać lansować siebie jako doskonałego, precyzyjnego malarza, a oczyścić przestrzeń ikony ze śmieci, by uczynić ją wolną dla Boga.



Dzień 6.

Światło. 
Ikona nie istnieje bez światła. Nie istnieje w bez-Świetlu. 

Jak maluje się Światło?
Nie wiem. I nie spotkałam nikogo, kto umiałby to wytłumaczyć. 
Światło to przecież nie farba ani nie żaden malarski, techniczny trick. Choć owszem, modelarze umieją namalować odbłyski, bliki i cienie. Ja też umiem. Ale to przecież kompletnie nie to. 
W ikonach Światło przychodzi ze środka, nie z zewnątrz. Przychodzi do malarza i widza, nie jest ich dziełem. 
Nie wiem, jak to się robi. Bo może się tego w ogóle nie robi. Może trzeba to dostać. 

Dzień 7. Finał. 




Pisanie ikon "dla siebie" ma w sobie coś z grafomanii. 
Bo ikona, głęboko w to wierzę, musi żyć. Musi być dla kogoś. Komuś potrzebna. Choć owszem, zdarzyło mi się napisać kiedyś ikonę dla siebie. Wyłącznie dlatego, że bardzo jej w tamtym momencie potrzebowałam.
Ta tutaj malutka św. Anna powstała dla znajomej mojego przyjaciela. Za chwilę wyruszy w drogę do Wrocławia. I może będzie dla niej nie tylko bibelotem. Może stanie się okienkiem otwierającym się W-Głąb.

2 comments:

  1. Wiem, że to IDIOTYCZNE ale skojarzyło mi się z ... mangą. Wybacz Chomiku i św.Anną.

    ReplyDelete
  2. ale co tu wybaczać. Oczy duże, twarz też w takim "mangowym" typie :)

    ReplyDelete