Ikonka na kamuszku. Z opisem Czata Czarka.
Prośba była dość precyzyjna: Hiob, ale nie Hiob cierpiący. Hiob cierpliwy. Nie człowiek na kupie gnoju, nie ciało wystawione na ból, nie widowisko nieszczęścia. Cierpliwość miała być czymś innym niż cierpienie, a tym bardziej czymś innym niż cierpiętnictwo.
I właściwie od tego zaczęła się cała trudność.
Cierpienie łatwo przedstawić. Ma własną ikonografię: ranę, gest, grymas, skulone ciało, popiół, rozpacz. Cierpliwość nie ma tak oczywistych znaków. Bardzo łatwo zrobić z niej rezygnację, martwotę albo pobożne „pogodzenie się z losem”. Jeszcze łatwiej pomylić ją z zaciskaniem zębów: boli, ale wytrzymuję, więc jestem cierpliwy.
Tymczasem tutaj chodziło o coś innego.
Coraz bardziej myślałam o cierpliwości jako o zgodzie na czas.
Żyjemy w kulturze nie tyle pośpiechu, ile natychmiastowości. Wszystko ma wydarzyć się już: odpowiedź, rozwiązanie, rezultat, reakcja, ulga, sens. Niedomknięcie jest niewygodne. Czekanie bywa traktowane niemal jak awaria. Jeżeli coś się nie wydarza, należy to przyspieszyć, wymusić, zoptymalizować albo przynajmniej natychmiast wyjaśnić.
Cierpliwość jest wobec tego podejrzanie bezczynna.
Nie oznacza jednak bezruchu. Nie jest też rezygnacją. Może być po prostu odmową szarpania czasu.
Tak zaczął powstawać mój Hiob.
Podłożem został niewielki, nieregularny kawałek skamieniałego drewna. Materiał sam wyznaczył znaczną część kompozycji. Jedna strona była ciemna, ciężka, niemal czarna. Druga miała ciepłe, miodowe, bursztynowe wnętrze, z naturalnymi przejściami, szczelinami i plamami. Bardzo szybko stało się jasne, że nie chcę tego porządkować ani przykrywać.
Hiob usiadł po lewej stronie, w ciemności.
Nie stoi. Nie gestykuluje. Nie rozdziera szat. Nie patrzy w niebo.
Siedzi.
Jego ciało jest ciężkie, zebrane, prawie nieruchome. Szata pozostaje niemal czarna i została wydobyta z tła tylko nielicznymi jasnymi liniami. Bardzo łatwo byłoby ją „ładnie” wymodelować: zbudować fałdy trzema odcieniami oliwki, rozjaśnić kolano, bark, rękaw, pokazać warsztat. Właśnie tego nie chciałam.
W tej ikonie coraz częściej wracało do mnie stare pytanie: ile można usunąć, zanim obraz przestanie działać?
I drugie, ważniejsze: czego nie należy zawłaszczać?
Nie każda powierzchnia domaga się wypełnienia. Nie każdy fragment szaty wymaga opisania. Nie każda możliwość malarska musi zostać wykorzystana. To, że potrafię namalować fałdę, światło, kamień albo twarz, nie znaczy jeszcze, że mam obowiązek to zrobić.
Czasem właściwsze jest powstrzymanie ręki.
Dlatego znaczna część Hioba pozostaje ciemna. Światło pojawia się oszczędnie: na konturach szaty, na niemal białych włosach i brodzie, na aureoli. Ma wystarczyć do tego, żeby człowiek był obecny. Nie do tego, żeby wszystko zostało o nim opowiedziane.
Naprzeciwko niego, w szczelinie, wyrasta maleńkie drzewko.
Kawałek cienkiego pnia. Dwie gałązki. Kilka zielonych liści.
Koniec.
Nie chciałam malować „symbolu nadziei”. Symbol nadziei bardzo łatwo zaczyna przemawiać za głośno. Nie chciałam też obiecywać, że wszystko odrośnie, że wszystko się naprawi, że cierpliwość zostanie nagrodzona. Hiob nie patrzy na gotowe drzewo. Patrzy na coś, co dopiero rośnie.
I rośnie we własnym tempie.
Nie można mu pomóc przez mocniejsze patrzenie. Nie można go pogonić. Nie stanie się większe dlatego, że człowiek bardzo tego potrzebuje. Można tylko zauważyć, że jest.
Pomiędzy Hiobem a drzewkiem pozostała duża pusta przestrzeń. Celowo.
Nie chciałam wpisywać tam siglum. Nie chciałam dodawać drugiego symbolu, kolejnego elementu krajobrazu, żadnej odpowiedzi. Napis „HIOB” znalazł się nad głową postaci, przy aureoli. Prawa część miała zostać niezajęta.
Ta pustka jest dla mnie jednym z najważniejszych elementów całej ikony.
Nie jest tłem czekającym na wykorzystanie. Nie jest niedomalowanym fragmentem. Jest przestrzenią, w której niczego nie trzeba natychmiast dopowiedzieć.
Hiob patrzy przez nią ku drzewku.
I tyle.
W czasie pracy coraz wyraźniej widziałam, że nie powstaje obraz o cierpliwości jako heroizmie. Nie ma tutaj bohatera, który „dzielnie znosi”. Nie ma też świętego, który już wszystko zrozumiał i osiągnął pogodę ducha.
Jest człowiek, który pozostał.
Może właśnie to jest dla mnie najbliższe cierpliwości: trwanie bez przymusu natychmiastowego rozwiązania. Pozostanie przy czymś, co jeszcze się nie skończyło. Zgoda, że czas nie jest narzędziem, które musi mi służyć.
To również odróżnia cierpliwość od cierpiętnictwa.
Cierpiętnictwo potrafi uczynić z bólu wartość samą w sobie. Potrafi powiedzieć: skoro boli, należy znosić; skoro znoszę, jestem lepszy. Tutaj nie ma takiego sensu. Hiob nie celebruje cierpienia. Obraz właściwie w ogóle nie opowiada o jego bólu.
Opowiada o siedzeniu.
O patrzeniu.
O tym, że coś po drugiej stronie rośnie.
I o tym, że nie trzeba tego szarpać.
Materiał miał tu duże znaczenie. Skamieniałe drewno samo w sobie jest czymś pomiędzy: było żywą materią, stało się kamieniem, zachowało strukturę dawnego organizmu. Nie chciałam jednak robić z tego dodatkowej alegorii. Wystarczyło, że materia pozostała widoczna i że mogła uczestniczyć w obrazie zamiast zostać przez niego przykryta.
Po werniksie wszystko trochę się zebrało. Czerń zrobiła się głębsza, złoto aureoli mocniejsze, ciepła strefa materiału bardziej nasycona. Zielone listki nadal pozostały maleńkie. Pustka nadal jest pusta.
I chyba właśnie tak powinno zostać.
Ta ikona powstała dla konkretnej osoby. Jej prośba uruchomiła całą historię: „Hiob cierpliwy”. Nie wiem jednak, co dokładnie będzie w niej widziała za miesiąc, za rok, za kilka lat. Nie wiem też, czy jej cierpliwość jest podobna do mojej.
Nie powinna być.
Nie mam potrzeby prowadzić kogokolwiek własnym odczytaniem. Nie chcę nikomu mówić, czym ma być dla niego Bóg, święty, cierpliwość ani oczekiwanie. Obraz może być bardzo mój w swoim języku, a jednocześnie nie być instrukcją dla odbiorcy.
Moja część pracy polegała na tym, żeby znaleźć formę, która nie zamknie wszystkiego zbyt szybko.
Reszta należy już do niej.
Hiob siedzi.
Drzewko rośnie.
Pomiędzy nimi jest miejsce.
"Żyły przecież dzieci Hioba bogobojnie i dostatnio
OdpowiedzUsuńSiedmiu synów jak te sosny siedem córek jak te brzozy
Szanowały swego ojca i kochały swoją matkę
Żyły w zgodzie z każdym przykazaniem bożym
A tej nocy błysk i grom
Runął ich bezpieczny dom
I na głowy spadł lawiną głazów grad
Dnia nie ujrzy więcej już
Siedem sosen siedem brzóz
Jednej nocy cały las utracił świat
Za tę ojców nadgorliwość
W wierze w wyższą sprawiedliwość
Która każe ufać w dobra tryumf nad złem
Za lojalność i pokorę
I za łask minioną porę
Za niewiarę w świat za progiem który jest
Za ten zakład diabła z Bogiem
Czyj silniejszy będzie ogień
Dzieci Hioba Dzieci Hioba
Idzie kres
Żyły przecież dzieci Hioba na nadzieję w przyszłość rodu
Siedmiu synów jak te miecze siedem córek jak te róże
Nie zaznały w swoim życiu smaku krwi ni smaku głodu
I kto tylko żył szczęśliwy los im wróżył
A tej nocy grom i błysk
Śpiących pozamieniał w nic
Boży świt oglądał już dymiący gruz
Patrzył nieomylny kat
Jak litością zdjęty wiatr
Bogobojny lament Hioba w niebo niósł
Za ten zakład Boga z biesem
W zgodzie z waszym interesem
Choć ostrzega was jak może zmysłów pięć
Za ten zakład Boga z czartem
O kolejną dziejów kartę
I za kija końce oba za zwykłego życia chęć
Za to czego nie ujrzycie
Bo się wam odbierze życie
Dzieci Hioba Dzieci Hioba
Idzie śmierć. "
Jacek Kaczmarski
1981
Wow. Po trzykroć wow: wykonanie, opis, opis w powyższym komentarzu.
OdpowiedzUsuń