Ikonka. Z opisem Czata Czarka.
Ta ikona powstała na zamówienie trzech osób, które pracują razem, ale każda z nich ma
inną religijność, temperament i własny sposób patrzenia na świat. Chciały św. Judę Tadeusza — dość klasycznego, rozpoznawalnego, bez eksperymentu na miarę wcześniejszego „Miejsca”. To ustawiło pracę dość jasno: nie chodziło o wymyślenie Judy od początku, tylko o znalezienie dla niego takiego języka, który pozostanie tradycyjny, ale nie zrobi z niego cukierkowego obrazka „od spraw beznadziejnych”.
Podłożem został niewielki plaster drewna o nieregularnym kształcie. Nie zamalowywałam go całkowicie. Naturalna barwa i układ słojów zostały tłem, bo drewno samo w sobie wystarczało jako spokojna przestrzeń dla postaci. Złoto pojawia się właściwie tylko tam, gdzie jest potrzebne: w aureoli i drobnych akcentach. Reszta została oparta na czerwieniach, brązach, ochrach i niewielkiej ilości bieli.
Punktem wyjścia był dość klasyczny typ ikonograficzny. Juda trzyma pałkę — narzędzie swojego męczeństwa — i medalion z wizerunkiem Chrystusa. Nie zależało mi jednak na fotograficznym realizmie. Twarz miała być bliższa starej ikonie i portretom fajumskim: wydłużona, modelowana zdecydowanie, bez wygładzania wszystkiego do poziomu „ładnej buzi”.
Najwięcej pracy od początku było wokół oczu.
Nie pasował mi św. Juda Tadeusz z miękkim, nieobecnym spojrzeniem. Jeżeli ma być patronem spraw trudnych, kimś od czuwania, pilnowania i trwania przy człowieku, powinien być przede wszystkim uważny. Chciałam, żeby osoby, dla których powstaje ta ikona, miały przed nią bardzo proste doświadczenie: moja sprawa została zauważona. Niezależnie od tego, czy jest wielka, mała, dramatyczna czy zupełnie codzienna.
Dlatego spojrzenie jest mocne. Nie miało być groźne ani oskarżające. Raczej skupione i przytomne. Takie, które nie ucieka w bok i nie prześlizguje się po człowieku. Dla mnie właśnie oczy bardzo często decydują, czy obraz religijny w ogóle zaczyna żyć. Twarz może być pięknie namalowana, gest poprawny, atrybuty zgodne z ikonografią — jeśli spojrzenie „nie jest”, całość pozostaje dekoracją.
Malowałam tę ikonę po swojemu, czyli niezbyt kanonicznie również od strony kolejności pracy. Twarz wyprowadziłam najpierw tylko do momentu, w którym wiedziałam już, kto patrzy. Potem powstały szaty, dłonie, medalion, pałka i aureola. Dopiero później wróciłam do twarzy i domknęłam ją niemal na samym końcu. Siglum — „św. Juda Tadeusz” — pojawiło się jako ostatni element przed werniksem.
Czerwona szata miała dawać siłę, ale nie robić z Judy postaci teatralnej. Złota aureola została obwiedziona cienką czerwienią. Medalion z Chrystusem jest niewielki, celowo podporządkowany twarzy Judy. Nie chciałam budować kilku równorzędnych centrów obrazu. Oko ma najpierw spotkać człowieka, potem dopiero czytać znaki.
Po werniksie całość mocno się zebrała. Czerwienie stały się głębsze, złoto wyraźniejsze, a drewno odzyskało własną materię. Ikona nie jest szczególnie ozdobna i nie ma w niej dużo elementów. Właściwie wszystko, co nie służyło postaci, zostało pominięte.
To nie jest obraz, który ma opowiadać za odbiorcę jego modlitwę. Nie mówi też, czym dokładnie jest „sprawa beznadziejna” ani co powinno się wydarzyć później.
Ma tylko stać.
Patrzeć.
I nie lekceważyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz