Miriam
To popiersie zaczęło się od portretu, ale szybko okazało się, że portret nie jest rzeczą prostą.
Punktem wyjścia była twarz Miriam: starsza kobieta, krótkie siwiejące włosy, zmęczenie zapisane wokół oczu, pewna surowość, ale bez chłodu. Do tego zwyczajna współczesna kurtka, bez symbolicznego kostiumu, bez prób „podnoszenia” postaci do rangi reprezentacyjnej.
Potem obraz przeszedł w model 3D, model w druk, a druk zaczął żyć własnym życiem.
To ważne, bo właśnie na tym etapie część podobieństwa zniknęła. Rzeźba bardzo mocno ustaliła wyraz twarzy: frontalność, napięcie szyi, osadzenie oczu, kształt ust, sposób prowadzenia policzków i żuchwy. Tęczówki zostały zaznaczone reliefem, więc spojrzenia nie dało się już przesunąć. Głowa była bardzo skupiona, bardzo nieruchoma, prawie hieratyczna.
Farba mogła to interpretować. Nie mogła przebudować.
Dlatego twarz malowana była ostrożnie i dość szybko doszła do granicy, za którą każda kolejna poprawka groziła utratą konstrukcji. Przy tak mocnym reliefie bardzo łatwo przejść z twarzy w „ciastowatą bułę”: zbyt wiele półtonów, zbyt wiele wygładzania, zbyt wiele prób skorygowania czegoś, czego tak naprawdę nie da się już skorygować pędzlem.
Najważniejsze było więc nie dopracowanie wszystkiego, tylko zatrzymanie się w odpowiednim momencie.
Skóra została zbudowana z dość dużych, nieregularnych pól koloru. Ciepłe policzki, chłodniejsze okolice oczu, bardziej ziemista żuchwa, trochę zaczerwienienia przy nosie. Zmarszczki nie miały być osobnymi kreskami naniesionymi na młodą twarz. Wiek miał wynikać przede wszystkim z bryły: z oczodołów, kości policzkowych, zapadnięć, napięcia szyi, cienkich ust.
Najwięcej uwagi dostały oczy, ale nie po to, żeby „świeciły”. Przeciwnie. Miały pozostać obecne, czujne, trochę zmęczone, ale nie efektowne. Tęczówki są zielonoszare, osadzone dość głęboko. Nie ma w nich żadnego „magicznego” blasku. Są po prostu spojrzeniem.
W pewnym momencie twarz zaczęła robić się niemal ikonowa. Frontalność, duże oczy, ciemniejsze oczodoły, zwarta forma ust i dość oszczędny modelunek układały się w język bardzo bliski temu, którym tradycyjnie maluje się twarze świętych.
To nie było celem.
Reszta popiersia zaczęła więc pełnić ważną rolę: sprowadzić twarz z powrotem do zwykłej ludzkiej obecności.
Pomogły w tym włosy. Początkowo były zbyt srebrne, zbyt równo rozdzielone, za bardzo „rzeźbiarskie”. Relief jest w nich mocny, niemal kolczasty, więc całkowicie uspokoić go się nie da. Z czasem pojawiły się ciemniejsze wnętrza, chłodne szarości, nierówna siwizna. Miały wyglądać jak włosy, które mają za sobą własną historię koloru, a nie jak srebrna fryzura.
Pomogła też kurtka.
Żółta, współczesna, trochę przybrudzona, miejscami wyblakła. Nie jest symbolem. Nie ma opowiadać „kim jest Miriam”. Jest po prostu ubraniem. Zużytym, zwyczajnym, praktycznym. Ciemny kaptur i wewnętrzna warstwa pod kurtką tworzą dla twarzy spokojną ramę. Żółć daje kontrast, ale nie ma dominować.
W całości najważniejsze stało się coś innego niż podobieństwo.
Popiersie działa jako portret konkretnej osoby. Ma skupienie, czujność, zmęczenie, pewną twardość i powściągliwość. Działa en face, ale chyba jeszcze lepiej w półprofilu, gdzie napięcie twarzy przestaje być monumentalne i staje się bardziej ludzkie. W profilu dobrze widać suchą linię policzka, żuchwę, szyję, nos, sposób, w jaki cała głowa „trzyma się” w jednym napięciu.
Ale to nie jest do końca twarz Miriam.
I to też należy powiedzieć uczciwie.
Rzeźba i druk zmieniły zbyt wiele. Farba mogła przesunąć temperaturę skóry, wiek, ciężar powiek, historię włosów, zwyczajność ubrania. Nie mogła odzyskać wszystkich relacji między oczami, nosem, ustami, policzkami i szczęką, które decydują o podobieństwie.
Można więc powiedzieć, że powstała dobrze pomalowana kobieta, która ma pewne cechy Miriam, ale nie jest nią w pełni.
To nie przekreśla pracy.
Raczej pokazuje granicę między malarstwem a rzeźbą. Granicę, za którą kolejny dotyk pędzla nie daje już więcej osoby, tylko więcej farby.
I właśnie dlatego twarz została zostawiona w spokoju.
Bo czasem najważniejszą decyzją w malowaniu jest nie ta, co jeszcze dodać.
Tylko kiedy przestać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz